» » ★  Obserwuj★  Obserwujesz✕  Nie obserwuj

Zamiast sarny, dzik od taty

Aktywny III (413 punktów)

 


Przyszedł czas pożegnań. Po ciężkiej chorobie odszedł do krainy wiecznych łowów tata. Niby był czas, aby się na to przygotować, ale no właśnie zawsze zostaje coś i to poczucie, że za szybko, że można było więcej.


Pogrzeb myśliwski z asystą dwóch sztandarów kół łowieckich, podczas mszy i pożegnania słyszeliśmy piękną grę na rogu myśliwskim w wykonaniu Pana Piotra Grzywacza i słowa Pieśni Myśliwskiej Juliana Ejsmonda, które zostały na mogile aby dodatkowo informować każdego, kto przystanie o pasji taty.


Gdy wybije mej śmierci godzina,
pochowajcie mnie w kniei zielonej
niech nade mną zaszumi gęstwina
hymn myśliwski radości minionej...
Kiedy wiosna radosna nastanie,
niech nade mną pieśń głuszca posłyszę,
niechaj słonek miłosne chrapanie
do snu moją mogiłę kołysze...
Gdy po letnim szaleństwie zieleni
szczere złoto okryje konary,
gdy nadejdzie cudny czas jesieni
niech nade mną zagrają ogary...
Na ten głos, mej duszy tak miły
żar zakipi w sercu wystudzone, -
i ożyję, i wstanę z mogiły,
chwycę broń i polecę za gonem...

Minął ponad miesiąc i nadszedł czas na wizytę w łowisku, pierwszy raz bez fizycznego wsparcia taty. Jakże to dziwne, obce inne, gdy myśląc o tym gdzie się wypisać nie można skonsultować swojej decyzji z tatą. Ręka sama kieruje się po telefon aby wykonać połączenie i zapytać „hej tato, co myślisz o tym aby wypisać się w to miejsce, sądzisz, że to dobry pomysł?” i brak odpowiedzi, brak dobrej rady aby zajrzeć tam, a tam poszukać przejść czy buchtowań. Ile to wspólnych wspomnień z wypraw, ile godzin spędzonych na budowie ambon, paśników, po prostu bycia razem, wspólnej pracy, wspaniałej więzi jaka łączyła mnie z nim. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę ile dały mi te godziny razem, to nie był tylko grzecznościowy telefon w weekend do taty i może wizyta na kawę, ale bite godziny całe weekendy i nie tylko ze sobą, wspólne rozmowy, wyprawy, wspólny trud przy transporcie karmy, czy przy podnoszeniu postrzałka. To nie tylko tata, wspaniały opiekun wnuków ale przyjaciel, zawsze cierpliwy, analityczny, spokojny, dyskutujący na argumenty, szukający rozwiązania, a nie kłótni. To on pokazał mi czym jest prawdziwe łowiectwo, czym jest szacunek do zwierzyny, ile pracy trzeba włożyć w to aby być myśliwym i aby móc się tak nazywać, a nie być tylko kimś z karabinem, kto przyjechał po mięso. To on pokazał mi piękno polowania i nauczył czym jest udane polowanie.


Telefon do łowczego i która wizyta u niego, aby jeszcze raz podziękować za obecność w tej ostatniej drodze. I krótka wizyta zamienia się w długą wizytę i wspomnienia wspólnych chwil. Ale czas ruszać do lasu. Kończymy rozmowę wspominając ze śmiechem reklamę już nawet nie wiem jakiego produktu, gdzie zaspany syn otwiera ojcu drzwi, który go wita słowami, że dzik nie będzie czekał (ja zawsze tylko czekałem na hasło wspólnej wyprawy i zawsze byłem gotowy). Na pożegnanie dostaję zieloną karteczkę a w niej upoważnienie na odstrzał saren, jeleni, danieli, dzików.


Wybieram miejsce styk pół, gdzie w tym roku posiano Lnicznik, łąk i niewielkiego bagnistego kompleksu leśnego. Jest wczesny wieczór. Na tym terenie są dwie ambony. Wybieram jedną z nich i siadam wygodnie czekając na przedstawienie. Sarny daleko na polu skubią jesienne trawy. Oglądam je w lornetce i czekam czy podejdą bliżej. Niestety tym razem jestem za późno i sarny owszem zbliżają się, ale i tempo i zapadający zmrok sprawiaj, że jedyne co mogę to cieszyć się moją obecnością w łowisku i obserwacją przyrody. Czuję, że tygodniowe zmęczenie daje znać o sobie i podejmuję decyzję, że czekam jeszcze 2 godziny, po czym udam się na odpoczynek, aby spróbować jutrzejszego poranka. Nagle słyszę szelest tuż za mną. Charakterystyczne łamanie gałązek i nagle stop wszystko ucichło po chwili usłyszałem głośne fuknięcie, to była locha z młodymi, stała zaraz za amboną i trzymała swoje 6 młodych blisko siebie, to coś niesamowitego widzieć jak ona pilnuje młodych. Nawet gdybym był 40 metrów od niej i chciał zobaczyć pojedynczego warchlaka byłoby to praktycznie niemożliwe, locha cały czas pilnowała, aby były blisko siebie i przesuwały się całą grupą, każda próba odłączenia się malucha powodowała fukanie i szybki powrót niesubordynowanego malucha do grupy, buchtowanie i zabawa ciągle w grupie. Przez wzgląd na maluchy i mądrość lochy, nie pomyślałem nawet o tym, aby choć złożyć się do strzału aby przemierzyć jak będzie wyglądać ta wesoła gromada w obiektywie lunety. Oglądanie ich zajęło mi blisko godzinę po czym postanowiłem zrobić trochę hałasu, aby przepędzić tę wesołą gromadę i udać się na spoczynek. W myślach miałem tylko jedno, że mimo braku taty tu fizycznie on jest i wyprosił u naszego patrona abym miał udane polowanie, bo jak inaczej można to nazwać?


Wróciłem na kolację i wiedziałem, że rano muszę tam być, lecz tym razem postanowiłem, że będę próbował podchodzić sarny, bo wśród pól i łąk rozciągają się rowy oraz są naturalne remizy i kępy krzaków, co pomoże mi w cichym podejściu.


Ranek przywitał mnie chłodem. Ubrałem się szybko i co tchu pognałem na pole. Jakież było moje zdziwienie gdy dotarłem w okolice mojej wczorajszej obserwacji dzików i zobaczyłem, że wiatr przywiał gęstą mgłę. Pomyślałem, że nic z tego nie będzie, ale co mi szkodzi trochę powędrować po polach.
Wiatr zaczął delikatnie rozwiewać mgłę, co dawał szansę na wypatrzenie zdobyczy. Na szyi lornetka, w ręku pastorał, a na ramieniu kniejówka 5,6x50Rmag. Ruszam na rekonesans 100ha pola.
W oddali piękne kolory jesiennych liści, pomału przechodzę od zarośli do zarośli w poszukiwaniu saren i nic, tym razem jedyne co widzę to wszędobylskie sójki. Po 2 godzinach marszu decyduję się na powrót do ostoi i niestety powrót do szarej miejskiej rzeczywistości. Znów będę marzył o wyjeździe w knieje, aby odpocząć, zebrać siły, przemyśleć swoje sprawy, powspominać tatę, bo przecież gdzie jak nie właśnie w łowisku każde drzewo, droga, ambona przypomina mi o nim i o wspólnych przygodach przeżytych na wspólnych wyprawach. Wracając postanawiam jeszcze zajrzeć na drugą ambonę, tę, którą zbudowałem z tatą, gdy wstępowałem do koła (moja pierwsza zbudowana ambona). Tak się składa, że była ona w rejonie, gdzie wykonywałem polowanie. Jeszcze tylko głęboki rów do przeskoczenia, 200 metrów i będzie ambona. We mgle widzę już jej zarysy. Przede mną mała remiza, która ogranicza mi widoczność na to co jest przed amboną. Zatrzymuję się i ładuję broń (zasady bezpieczeństwa to na co tata zwracał szczególną uwagę) sprawdzając drożność luf. Podchodzę do remizy i nagle słyszę głośny szelest z wysokiej trawy wyskakuje dzik na szybko w emocjach oceniam go na 30kg i pędzi co sił w stronę lasu. Odruchowo składam się i kątem oka spoglądając w prawo, czy czasami jakiś większy jego kolega nie idzie za nim lub w moją stronę. Wypalam w przelatka, głośny strzał przecina ciszę panującą na polu. Dzik mimo małego kalibru nie dochodzi do lasu. Pada praktycznie w ogniu. Z remizy odłamuję niewielką gałązkę z pożółkłymi liśćmi i pomału zmierzam w stronę dzika, łamię broń i na wszelki wypadek ładuję kolejną kulę. Podchodzę do dzika i już wiem, leży jakby odpoczywał tylne biegi skulone przednie wyciągnięte. Kula trafiła tuż za uchem. Dzik dostaje ostatni kęs, a dla mnie kończy się przyjemność z polowania. Znów tata czuwał i wyprosił u św. Huberta pomyślność w mojej przygodzie.


Zniżam się i oglądam zdobycz, spoglądam na ambonę i mimo pracy, która mnie czeka zaczynam marzyć o kolejnej wyprawie do lasu.


Autor tekstu: Tomasz Januszewski

 

 


Reklama


komentarze (0)

 

Nie ma jeszcze komentarzy do tego wpisu.
Bądź pierwszy!

 

Aby móc komentować musisz być zalogowany!

zaloguje się


Deprecated: Function eregi() is deprecated in /home/admin/domains/poluje.pl/public_html/boot/sepix_lib.php on line 343

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Relacje z polowań - zobacz podobne

Udane polowanie

Rozpoczęliśmy pełni obaw o dalsze losy myślistwa

Hubertus w kole łowieckim „BÓR” w Tarn…



Ogłoszenie płatne


daj ogłoszenie








|0.016|